piątek, 18 stycznia 2019

003. Freyja Sólveig Grímsdóttir

urodzona 16 kwietnia 1989 roku w Reykjaviku; uznana w środowisku łyżwiarka figurowa od trzech lat przejawiająca spadek formy; córka utytułowanego hokeisty i właścicielki szkoły baletowej; powiązania 
Byłaś darem; dumą swoich rodziców, odkąd po raz pierwszy ubrałaś łyżwy. Niejednorodną mieszaniną wszystkiego, czym chcieli, żebyś była. Przedłużeniem ich własnych aspiracji i spełnieniem pragnień: on - zapalony łyżwiarz i ona - tancerka z powołania nie mogli wymarzyć sobie bardziej udanej pociechy. Od początku mieściłaś w sobie ambicje i talenty ich dwojga, nic zatem dziwnego, że od najmłodszych lat inwestowali w twój rozwój. Nadali ci kierunek, a ty nigdy się nie sprzeciwiałaś. Dlaczego miałabyś? Kochałaś to, co robisz. W zamian dostawałaś zrozumienie, miłość i duże możliwości, które stopniowo przekuwałaś w sukces. Pięłaś się coraz wyżej i nie miałaś zamiaru spoczywać na laurach. 
Na lodzie byłaś wolna, nieuchwytna. Nie zdawałaś sobie sprawy, że tak naprawdę to tylko otoczka - od początku tańczyłaś tak, jak ci zagrano. Nie wyrażałaś siebie, nie byłaś sobą, a jedynie tym, na co cię stworzono i przez długi czas nie zdawałaś sobie z tego sprawy. Nie dostrzegałaś, że brak ci własnego ja, nawet kiedy on trzymał w dłoniach twoją twarz i ze zrezygnowaniem pytał: Naprawdę nie widzisz? Nie widziałaś. Wszystko, z wyjątkiem medali i nagród, podano ci na tacy. Chciałaś nauczyć się jeździć konno? Wykupiono ci lekcje w najlepszej szkole dresażu. Chciałaś nauczyć się rosyjskiego? Zatrudniono korepetytora, by uczył cię zdalnie. Nie brakowało ci niczego, a twoim jedynym obowiązkiem było odpowiednio to wykorzystać. Żyłaś w złotej klatce, emocjonalnie uzależniona od własnych rodziców. Poświęcili ci zbyt wiele, byś mogła w jakikolwiek sposób im się przeciwstawić. Wydawało ci się, że byłoby to skrajnie niewdzięczne. Nie potrafiłaś zdobyć się na egoizm i pomyśleć o sobie, pomimo, że odbijało się to na całym twoim życiu, a w końcu doprowadziło do rozpadu czegoś, co było ci najdroższe. Nie byłaś już potem taka sama i kiedy tak naprawdę potrzebowałaś pociechy, jedyne co dostałaś, to kolejne wymagania, trudniejsze od poprzednich. Zraniona i niekompletna nie potrafiłaś im sprostać. Nie byłaś już wyśnionym dzieckiem - okazałaś się źródłem rozczarowania. To otworzyło ci oczy.
Potrzebowałaś trzech długich lat. Trzydziestu sześciu miesięcy, by zaszyć zadrę w sercu, przełknąć dumę i zebrać się na odwagę, by coś zmienić, by zawalczyć o siebie, tak, jak zawsze ci powtarzał. Trzech lat, by przełamać paniczny lęk przed lataniem, zabukować bilet w jedną stronę i wreszcie wyrwać się z uwięzi. Tysiąca dziewięćdziesięciu sześciu dni by być tutaj, gdzie jesteś teraz.
Gdzie właściwie jesteś, Freyja? Masz niespełna trzydzieści lat, niewielki bagaż pod ręką, dokumenty i zwitek banknotów w kieszeni. Wyzwoliłaś się, ale co tak naprawdę zyskałaś? Wolność, która przeraża cię do szpiku kości - czujesz się trochę jak ślepiec, któremu odebrano laskę. Błądzisz po tym niewyobrażalnie wielkim, brzydkim mieście i dociera do ciebie, że wyskoczyłaś ze złotej klatki tylko po to, by po chwili przekonać się, że nie potrafisz latać. Zostaje tylko wierzyć, że upadając nie złamiesz karku, bo nie ma już odwrotu.


Skórę ma białą niczym mleko, a twarz osnutą delikatnym cieniem. Ostrza tańczą na tafli lodu, namiętnie, ale nie dziko, pasja nie nadaje jej ruchom gorączkowości. Nie ma na nią miejsca w perfekcyjnie zsynchronizowanej sekwencji kroków, nic nie ma prawa odjąć jej lekkości. Jest jak pióro niesione sprzyjającym, figlarnym wiatrem – mknie to w jedną, to w drugą, wiruje, podrywa się i opada. Przysiągłbyś, że nie nic nie waży, kiedy ląduje, przyjmując ośmiokrotny ciężar własnego ciała na jedno kolano. Grawitacja zdaje się na nią nie działać, zwłaszcza gdy ślizgając się w tył gładko wchodzi w zakręt i czerpie z niego energię do następnego piruetu zwieńczonego efektownym camel spin. Piękna, ale nieprzejednana, zupełnie jak kraj jej przodków.
                                                                                                                     
Kiedy pierwszy zachwyt opada, zauważasz nieco więcej. Jest skupiona, bawi się środkiem ciężkości, ale nie układem, tak jak robiła to kiedyś. Policzki muśnięte zmęczeniem nie rumienią się już w ten uroczy sposób, teraz ukazują fatygę, a wargi ściągnięte do pary z brwiami zdradzają pęknięcia w uśmiechu. Nie ma w niej dawnej swobody, nie skacze już tak wysoko, zupełnie jakby podcięto jej niewidzialne skrzydła, które nie raz i nie dwa poniosły ją po mistrzostwo. Kiedy sobie to uświadamiasz przecierasz oczy ze zdumienia, ale wciąż widzisz zaledwie ułamek wspaniałości, którą niegdyś się okrywała. 
w Nowym Jorku od paru dni, bez planu na przyszłość i z głową pełną obaw; brak wsparcia ze strony rodziny, która ma jej za złe, że porzuciła ojcowskie ziemie dla kogoś, o kim powinna dawno zapomnieć; więcej 
Nie dysponujemy nadmiarem czasu, dlatego nie przyjmiemy wszystkich wątków, ale ukochamy każdego jednakowo! Poszukujemy kogoś, kto wynajmie jej jakiś pokoik, przynajmniej do czasu, aż nie znajdzie pracy, ale także kogoś, kto jej odczaruje ten złowieszczy Nowy Jork. Gdyby ktoś chciał, oddamy byłego partnera sportowego, który będzie próbował przemówić jej do rozumu i ściągnąć z powrotem do ojczyzny. Piszmy! :)
  • IMIĘ I NAZWISKO: Freyja Sólveig Grímsdóttir
  • W SKRÓCIE: Reya
  • BLOG: NEW YORK CITY
  • PUBLIKACJA: ---
  • ZAWIESZENIE: --- 
  • WIZERUNEK: ???














© Kordelia | WS | X | X | X | X | X.